"Kaleczyłam swoje ręce, nacinałam skórę żyletką i patrzyłam jak płynie
krew. Brzmi strasznie? Ale ja upatrywałam w tym ratunek. Nie miało
znaczenia czy pozostaną blizny. Przyszłość wtedy dla mnie nie istniała,
towarzyszyło mi przekonanie, że i tak wcześniej czy później umrę
śmiercią samobójczą. Myśli o okaleczeniach były stale obecne. Nie
radziłam sobie z doświadczaniem emocji, nie umiałam ich nazywać, ani
wyrażać, ani poprosić o pomoc. Nikt mnie tego nie nauczył. Tkwiłam w
samotności, przez którą nie potrafiłam się przebić. Tak bardzo
wstydziłam się swojej słabości, że na zewnątrz przybierałam maskę osoby,
której na niczym specjalnie nie zależy. Kaleczyłam się, gdy czułam się
bezradna, gdy nie mogłam znieść samotności, gdy świat widziałam jak zza
szyby, gdy chciałam się ukarać za swoją bezwartościowość. Widok krwi
sprawiał, że spływał na mnie spokój, a właściwie obojętność. Czułam się
silniejsza, ale nie w ten normalny, zdrowy sposób. Czułam się silniejsza
w poczuciu, że cokolwiek by się nie zdarzyło, zawsze mogę sięgnąć po
żyletkę. Taki stały element w świecie jawiącym mi się jako ciągłe
zagrożenie. Ale był jeszcze inny powód... Rany i blizny były błaganiem o
to, by ktoś się mną zaopiekował, by dostrzegł, jak bardzo cierpię i
jestem w tym bezradna. Paradoks polegał jednak na tym, że równocześnie
odczuwałam silny wstyd i robiłam wszystko, by nikt się nie dowiedział.
Wyobrażałam sobie, że ktoś odkrywa moją tajemnicę i otrzymuję od niego
wsparcie. Oddałabym wtedy wszystko za jedno słowo "rozumiem"..."








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz